Recenzja – Red Dead Redemption

Read Dead Redemption to gra która już od początku wywołała wiele emocji z racji niedostępności w wielu krajach Europy. Mniejsza jednak z problemami natury technicznej, przejdźmy do meritum.
Dziki zachód jakiego nie było
Red Dead Redemption to nie pierwsza gra która rozgrywa się w czasach kowboi, koni i rewolwerów. Ba, jedną z bardziej znanych gier jest polska produkcja Call of Juarez, która doczekała się już drugiej odsłony. Jedno jednak jest pewne, nikt tak doskonale nie oddał westernu jak panowie z Rockstar.
Wyraźne postacie, niesamowite widoki, szczegółowe odwzorowanie rzeczy to tylko niektóre aspekty przemawiające za totalnym oddaniem klimatu starej Ameryki. Nie ma co się jednak dziwić, Rockstar to dinozaur jeśli chodzi o gry Sandboxowe który zjadł zęby na Grand Theft Auto. Jeśli ktoś ma oddać wiernie dany klimat, opakować to w system sandboxowy to właśnie oni.
Jak tu pięknie…
Red Dead Redemption to jedna z ładniejszych gier w jaką miałem okazję zagrać. Nie ze względu na przepalone piksele i milionowe ilości polygonów przedstawiających kwiatek jednak ze względu na klimat i spójność. To właśnie w tej grze złapiecie się na podziwianiu widoków (podobnie jak w Just Cause 2) czy zwyczajnym stępowaniem na koniu w blasku zachodzącego, pomarańczowego słońca.
Mimo, że twórcy nie stawiali głównie na grafikę (w sandboxach mija się to z celem) to i tak trzeba przyznać, że jest na bardzo wysokim poziomie. Odzwierciedlenie budynków oraz mnogość przedmiotów dzikiego zachodu budzi respekt i nadaje grze swoistego klimatu.
Skocz, strzel, ukryj się i padnij!
Mechanika Red Dead Redemption to wierna kopia Grand Theft Auto 4. Jednych to ucieszy, innych zasmuci, jak dla mnie jest w sam raz. Dodano również ważną opcję która wyłącza podążanie kamery co czasami wkurzało w GTA. Dzięki temu jadąc konno tuż obok innego kowboja, możemy patrzeć się na niego a kamera sama nie będzie próbowała “naprostować” naszego wzroku.
Prócz oczywistych możliwości znanych już z GTA mamy smaczki takie jak łapanie na lasso, które naprawdę wygląda bardzo przekonująco i realnie, ciągnięcie ofiary na linie za koniem, polowanie na zwierzynę czy wreszcie skórowanie i sprzedaż naszej zdobyczy.
Te małe smaczki cieszą mimo znikomego wpływu na wątek fabularny. Podobnie zresztą jak w GTA. Czasami zamiast robić kolejną misję, braliśmy auto i albo szpanowaliśmy furą po mieście albo próbowaliśmy wykręcić najlepszego stunta na lotnisku. W Red Dead Redemption jest podobnie. Czasami sama jazda na koniu i majestatyczny stęp przez miasto dadzą tyle samo co przejście kolejnej misji a już na pewno będą bardzo fajną odskocznią od głównego wątku.
Koń by się uśmiał
Jazda konna jest tak dobrze zrobiona, że zasługuje na osobne potraktowanie. Twórcy Rockstar spędzili setki godzin na dopracowywaniu fizyki konia aby jak najlepiej odzwierciedlić rzeczywistość. Efekt przerósł chyba samych twórców gdyż naturalność z jaką poruszają się konie w Red Dead Redemption jest niesamowita!
Zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że jazda konna jest lepiej dopracowana niż jazda samochodem w GTA. Jadąc samochodem w GTA mieliśmy wrażenie ciągłego kołysania autem, tak jakby miał bardzo miękkie amortyzatory. Dopiero bardziej sportowe fury prowadziło się z poczuciem relatywnie do rzeczywistości ciężaru.
W Red Dead Redemption dochodzi również sentyment do naszego środka lokomocji. W GTA porzucaliśmy auta kradnąc następne gdyż na każdym kroku mogliśmy znaleźć jeszcze lepsze od poprzedniego. Z koniem jednak zawiązujemy pewne relacje. Jeśli spędzamy z nim dużo czasu, on się odwdzięcza dłuższą wytrzymałością. Mimo iż przywiązanie do konia powoduje małą różnorodność to zupełnie tego nie odczuwamy traktując naszego wierzchowca jako wręcz oddanego wspólnika.
Jam jest Marston!
Fabuła jak w każdej grze Rockstara nie jest dziełem Shakespeare jednak jest na tyle dobra by nie nużyła gracza. Nie ma niesamowitych zwrotów akcji i rozterek moralnych. Jest za to główny bohater o oryginalnym imieniu James i nazwisku Marston który pewnego dnia postanawia odkupić grzechy z przeszłości.
Marston postanawia umrzeć! A nie… to nie to dzieło. Ekhm. Marston postanawia wybić co do jednego swoich byłych wspólników gangu. Tak więc naszym zadaniem jest tak pokierować Marstonem aby wybić skubańców do jednego i móc spać spokojnie. W międzyczasie wchodzimy w konszachty z szeryfem czy meksykanami zamieszkującymi dziki zachód.
Konstrukcja misji przypomina do złudzenia tą znaną z serii GTA, czyli na mapie widzimy kolejnych ludzi za których odwalamy brudną robotę tak na prawdę nie mając za wiele z jej wykonania prócz zbliżania się do naszego głównego wroga – członków gangu.
Podsumowanie
RDR to gra niemal idealna. Pomijając drobne wpadki techniczne które żyją własnym życiem na youtube, nie wiele można jej zarzucić. Co więcej, przyciąga do siebie nie tylko fanów GTA, lecz także osoby które wolą liniową fabułę. Może to dzięki temu iż porzucono luźną formę gangsterską znaną z GTA, która nawet mnie momentami denerwowała a może to zasługa wpisania gry w westernowe klimaty.
Nie jest to jednak ważne gdyż i tak najbardziej się liczy rozrywka której RDR dostarcza co nie miara. Dlatego jeśli jeszcze nie mieliście szansy się o tym przekonać, to zdecydowanie polecam zakup. Minusik przy ocenie za przysiad tempa w środku fabuły, która pod koniec znowu nabiera tempa oraz za brak póki co wersji PC (!!!).
Ocena: 6-/6